Zwykle mało cytuję. Jestem z tego pokolenia ludzi, którzy nie mają praktycznie żadnych autorytetów.
Wcale nie twierdzę, że to źle. Cieszę się, że teraz większość osób stawia na indywidualizm i próbuje wypracować własny sposób bycia, swoje zasady, żyje tak jak chce. Jednak jakiś czas temu usłyszałam w filmie, którego tytułu już nawet nie pamiętam, fajne zdanie i pozwolę sobie je zacytować: „Przeznaczenie to tylko splot wydarzeń, któremu dajemy się ponieść”. Im dłużej o tym myślę, tym intensywniej odczuwam jak wiele jest prawdy w tym stwierdzeniu. Każdy z nas jest kowalem swojego losu.
Codziennie decydujemy o tym jak nasze życie wygląda i o jego przyszłym kształcie.
Każdego dnia spotykają nas mniejsze lub większe przygody, wydarzenia, ludzie i wszystko to wpływa na naszą egzystencję, różne istotne wybory.
Ludzie podejmują rozmaite decyzje.
Nieraz rezygnują z realizacji marzeń, ponieważ są przekonani, że i tak nie pokonają przeciwności losu i nie osiągną sukcesu – i chociaż oficjalnie nie jest taka postawa zbyt godna do naśladowania, to przecież ile osób tak robi i czasem mają rację...
Inni z kolei nigdy nie będą w stanie żyć spokojnie, bez wyrzutów sumienia, wiedząc, że nie spróbowali zawalczyć o spełnienie swoich pragnień. Każdemu wyborowi towarzyszy olbrzymie ryzyko. Tylko od nas zależy jakiemu wydarzeniu damy się ponieść. Z kim umówimy się na kawę, gdzie będziemy pracować, co studiować. Wszystko to wpływa na przyszłość, jest naszym przeznaczeniem. Osobiście ostatnio czuję się pogubiona zarówno w wyborach jak i wydarzeniach, którym daje się ponieść.
Żyję pełnią życia.
Nie marnuję czasu, można powiedzieć, że codziennie spotykam się z jakimiś znajomymi. Trudno znaleźć chwilę na pisanie. Kiedyś płodziłam jedną notkę dziennie w tym blogu, teraz jedną na miesiąc, ewentualnie raz na tydzień.
Nie wiem czy żyję bezmyślnie, chyba nie, ale często brakuje mi refleksji, którymi mogłabym się podzielić. Żałosne, ale prawdziwe.
Czasami nie rozumiem samej siebie.
Przykładowo, zawsze chciałam napisać książkę i mając świadomość tego, że powinnam od razu brać się do roboty i przynajmniej ćwiczyć pióro pisząc różne teksty – nic nie robię w kierunku realizacji tego marzenia. Nie wiem czemu, czy to lenistwo, czy obawa przed tym, że nie będę miała o czym śnić gdy moje marzenie się spełni, czy może po prostu lęk przed porażką (nie chciałabym napisać jakiegoś gniota). Zdaję sobie jednak sprawę, że stoję w miejscu.
W sferze uczuciowej też nie rozumiem siebie. Niby nadarzyła mi się okazja do bycia z kimś wspaniałym,
uwielbiam jego charakter, poczucie humoru, inteligencję, ale...
Oczywiście nie czekam na księcia z bajki, nie potrzebuję czuć „motylków w brzuchu”, bo nawet do cholery nie wiem co ten zwrot dokładnie oznacza.. ale facet musi mieć to coś.
Nie zawsze to, że ktoś mi się podoba, oznacza chęć całowania tej osoby i pragnienie połączenia naszych ciał w jeden rytm. I stoję przed wieloma wyborami: dać sobie spokój czy poddać się temu. Być może moje poczucie braku czegoś wynika z innego faktu. Żeby dać szansę czemuś nowemu, trzeba raz na zawsze skończyć ze starym. Nie chciałabym nikogo skrzywdzić czy urazić. Przecież jeśli będę zawracać głowę temu chłopakowi, to potem zranię go, jeśli nie będę chciała z nim być. Nie lubię takich sytuacji, a najczęściej to one mnie spotykają. Chciałam jeszcze tylko nadmienić, że chociaż piszę notki tragicznie rzadko, to nie zamierzam przestać prowadzić tego bloga. Tego akurat możecie być pewni. Zawsze wracam, bo to kocham.









