Chciałabym kiedyś być „kimś”. Taką osobą, która uśmiecha się naprawdę szczerze i jest zadowolona w stu procentach z życia. Pragnęłabym codziennie poznawać nowych, ciekawych i bardzo inteligentnych ludzi, by każdy dzień był niekończącym się pasmem przygód, nie wszystkich wesołych, ale zawsze ostatecznie dobrze się kończących. Tak jak w ostro krytykowanych przez wszystkich ludzi amerykańskich filmach…with happy-end… I chciałabym być Anią z Zielonego Wzgórza, Stephenem Kingiem, Indianą Jonesem i demonem seksu jednocześnie. A co mi tam… I chciałabym też po powrocie do mojego jeszcze wspanialszego domu, usłyszeć „Kochanie, tęskniłem”. I zostać jeszcze przy okazji tego powitania zmolestowaną seksualnie, usatysfakcjonowaną kobietą. Nie marzę o domku z białym płotem i rycerzu na rumaku. No ale ten mój pałac mógłby mieć basen, a facet choć trochę przypominać kogoś wartego grzechu. I żeby potem pojawiły się dzieci. Albo jedno dziecko, taka cieplutka istotka, która czasami nie dawałaby mi...