Chciałabym kiedyś być „kimś”.
Taką osobą, która uśmiecha się naprawdę szczerze i jest zadowolona w stu procentach z życia. Pragnęłabym codziennie poznawać nowych, ciekawych i bardzo inteligentnych ludzi, by każdy dzień był niekończącym się pasmem przygód, nie wszystkich wesołych, ale zawsze ostatecznie dobrze się kończących. Tak jak w ostro krytykowanych przez wszystkich ludzi amerykańskich filmach…with happy-end… I chciałabym być Anią z Zielonego Wzgórza, Stephenem Kingiem, Indianą Jonesem i demonem seksu jednocześnie. A co mi tam… I chciałabym też po powrocie do mojego jeszcze wspanialszego domu, usłyszeć „Kochanie, tęskniłem”. I zostać jeszcze przy okazji tego powitania zmolestowaną seksualnie, usatysfakcjonowaną kobietą. Nie marzę o domku z białym płotem i rycerzu na rumaku. No ale ten mój pałac mógłby mieć basen, a facet choć trochę przypominać kogoś wartego grzechu. I żeby potem pojawiły się dzieci. Albo jedno dziecko, taka cieplutka istotka, która czasami nie dawałaby mi spać dwadzieścia nocy z rzędu, by w końcu dać mi tą pełnię szczęścia gdy trzymam ją w ramionach. I pragnę by ludzie zawsze interpretowali dobrze moje słowa, bo ja zawsze chcę dobrze, tylko tak jakoś samo, do kurwy nędzy, wychodzi na odwrót. Gdyby moi bliscy byli tak samo szczęśliwi to już w ogóle chyba sikałabym z radości. Pomyśleliście sobie znowu, że jestem głupią gówniarą bujającą w obłokach? Macie rację, ja wolę marzyć niż godzić się na rzeczywistość. Mogę być jej świadoma, ale obiecuję, że zawsze będę wierzyć, iż może ona ulec przemianom, istnieje coś poza nią… to dopiero naiwność… A tak na marginesie. Nawet nie wiecie jak bardzo naiwni są ludzie w moim wieku. Nie wszyscy ale większość. Oni w ogóle nad niczym się nie zastanawiają. Są całkowicie spontaniczni, wręcz bezmyślni. Taki chyba przywilej młodości, której ja dziwnym trafem nie posiadam. Oni nie widzą tych wszystkich zdrad, kłamstw, bezsensu egzystencji, tego, że są na każdym kroku kiwani, a jak nie są to w 80% będą. Znam też osoby za bardzo uświadomione. Nie będę pisać dlaczego są takie, oglądacie wiadomości i czytacie różnego rodzaju gazety to na pewno zarejestrowaliście mnóstwo ludzkich nieszczęść.
Jak ja się cieszę, że jutro ostatni dzień "nauki". W tej szkole można dostać jakiegoś szału, na pewno rankiem, gdy trzeba wstać a za oknem jest tak ciemno, jakby była 3 w nocy.
Miałam dziś dzień dwójek. Tak, hahaha, dostawałam same dwóje. No cóż, każdemu się zdarza, nie zawsze muszę być idealna, prawda?
A tak na dobrą sprawę, strasznie współczuję Emilce z mojej klasy. Nie wiem czemu, ale lubię sobie jej coś dogadać. Ja wiem, że ona tego nie lubi, ale no cóż hahaha, tak bardzo źle nie jest. A fakt, że lubię czasem komuś 'pocisnąć', jest logiczny dla każdego, kto przebywał ze mną około 2 godzin. Słynę z ciętego języka i nic już z tym nie zrobię. Ale hah, lubię to!
Mam nadzieję, że ferie spędzę najlepiej. A przynajmniej na tyle, ile będę w stanie. Mam dużo planów, ale wiem, że wszystko i tak wyjdzie na spontana, bez wcześniejszych planów.























