Czy Wy również cierpicie na totalny brak czasu? Ten upływ czasu jest nieubłagany..
Jeszcze ostatni post pisałam do Was jako siedemnastolatka. Dziś jestem już praktycznie od miesiąca pełnoletnia. Wkroczyłam w to dorosłe życie ale czy tak naprawdę wiele się zmieniło? Nie sądzę, oprócz tego jednego dokumentu, który poświadcza moją pełnoletność przy zakupie piwa w sklepie czy paczki fajek. No i mogę wchodzić do każdego klubu, chociaż niewiele to zmieniło bo zawsze wchodziłam tam gdzie chciałam- dobra bajera. :)
Poza tym nie czuję żadnej zmiany. Wciąż jestem tym samym dzieciakiem co byłam kiedyś. I broń Boże, nie uważam się za jakąś dorosłą. To, że przekroczyłam ten próg o niczym jeszcze nie świadczy. Nie jestem gotowa na podejmowanie ważnych życiowych decyzji. Please, ja nawet nie wiem z czego będę pisać rozszerzoną maturę a to już trzecia klasa przede mną. Wciąż zakładam superstary do sukienki. Wciąż różowy jest skrycie moim ulubionym kolorem. Cały czas potrafię wsiąść w pociąg i pojechać na koncert w drugi koniec Polski. Wciąż nie rozumiem jak można lubić nosić szpilki. Non stop boję się sama załatwiać spraw w urzędach czy innych instytucjach. Cały czas potrafię chodzić z głową w chmurach i mieć wszystko w dupie. Ale w dalszym ciągu mam przy sobie tych samych ludzi, których miałam kiedyś i nadal ze mną są..
Ale po co nam jest ten czas? Czemu on tak szybko leci?
Po to, by oswoić nas z nieoczekiwanym. Z bólem po stracie kogoś bliskiego. Z sytuacją, z którą ciężko jest się nam pogodzić. By łatwiej było oswoić sprawy bardzo trudne, z gruntu nieoswajalne w pierwszej chwili..
Po to, żeby nas trochę zmobilizować. Żeby to życie nie przeciekło nam przez palce. Żeby nam samym głupio było siedzieć na tyłku i czekać na cud.
Po to, żeby dać sobie prawo do zmian. Żeby kogoś pokochać - powoli. Nie od pierwszego wejrzenia, ale tak z dnia na dzień, krok po kroku, uśmiech po uśmiechu..
Ale czas na pewno jest po to, by wszystko lepiej zrozumieć.
By lepiej zrozumieć to, co nas spotyka i to, co w nas dokonuje zmiany.
Zostałam o tą notkę nękana już dobry czas przez parę osób. Usiadłam, chciałam coś napisać ale w sumie pierwszy raz brakuje mi słów.
Za dużo się ostatnio u mnie dzieje.
I dopóki sama sobie wszystkiego nie poukładam to w głowie będę miała tylko niepotrzebny chaos.
Los obdarzył mnie jedną wersją mnie. Postacią mnie samej, w której przez długi czas nie było mi wygodnie. Tam mnie uwierało, tu mnie cisnęło. Masa niedociągnięć, myśli niepoukładanych, wiedza o życiu marna i do tego ta wrażliwość i naiwność, która zawsze wyprowadziła na manowce. Dlatego też bardzo szybko i do perfekcji opanowałam kreowanie siebie na potrzeby sytuacji. Kiedy trzeba, byłam rozważna. Innym razem romantyczna. Chowałam skrzętnie albo emanowałam uczuciami. Szybko nauczyłam się rozpoznawać zapotrzebowanie na konkretne wersje mnie samej. Bywałam kimś, kim w rzeczywistości nie byłam zupełnie. Łatwiej było mi być kimś innym, niż prawdziwą wersją samej siebie. Im wyższa stawka była w grze, tym kreacja była bardziej misternie przygotowana. Łatwiej jest bowiem być kimś, kim się w rzeczywistości nie jest. Łatwiej panować nad słowami, uczuciami i gestami.
Ile ról mam na swoim koncie. Ile razy musiałam być odważniejsza, niż w rzeczywistości byłam. Bardziej cierpliwa, niż wskazywałby na to mój charakter. Radosna, choć w duszy grała nostalgia. Ubierałam nowe maski z taką łatwością, z jaką ubiera się rozciągnięty, sweter wełniany. Zawsze jakoś tak łatwiej było mi przed ludźmi zagrać coś innego, niż naprawdę czułam. To dawało mi poczucie komfortu. Ci wszyscy ludzie nie mieli pojęcia o moich prawdziwych uczuciach, a ja czułam się bezpieczna.
Ale jestem najprawdziwszą wersją siebie. :)
Ale halo, zaczęły się wakacje!
Podejrzewam, że będę tutaj naprawdę rzadko. Może jeszcze w te wakacje uda mi się coś napisać ale nie mogę niczego obiecać, nie mam do tego głowy. To w sumie moje ostatnie luźne wakacje, bo od przyszłego roku już będę musiała ogarnąć się z pracą i w końcu wejść w to dorosłe życie.
Trzymajcie się, udanych wakacji! <3